10 krótkich refleksji o interpelacjach
10 lipca 2026 r. radny Rafał Wierzejski sporządził interpelację dotyczącą liczby interpelacji składanych przez radnego Pawła Pecurę. Do Urzędu Miasta wpłynęła ona 13 lipca.
Lektura tego dokumentu skłoniła mnie do kilku refleksji o relacjach między mieszkańcami, radnymi i urzędem:
Po pierwsze,
warto uporządkować pojęcia. Ustawa o samorządzie gminnym rozróżnia interpelacje i zapytania. Te pierwsze dotyczą spraw o istotnym znaczeniu dla gminy, drugie – bieżących problemów i uzyskania informacji. W mojej ocenie duża część ostrowskich „interpelacji” ustawowo bliższa jest zapytaniom.
Po drugie,
uczciwie trzeba przyznać, że radny Paweł Pecura czasem porusza sprawy drobne, a liczba jego wystąpień pisemnych może budzić znużenie, a nawet irytację. Inni radni jednak też nie zajmują się wyłącznie tematami strategicznymi. W poprzednich kadencjach również pojawiały się wystąpienia dotyczące naprawy ulic, chodników, oświetlenia. Zmieniła się przede wszystkim skala korzystania z tego narzędzia.
Po trzecie,
warto zapytać, skąd bierze się ta skala. W większości przypadków źródłem interpelacji są mieszkańcy, których radny ma obowiązek reprezentować. Jeżeli mieszkaniec zwraca się do radnego z prośbą o pomoc, radny nie powinien i nie może pozostać obojętny. Można dyskutować o formie działania, ale trudno oczekiwać, by odmówił pomocy osobie, którą reprezentuje. W przekonaniu przeciętnego mieszkańca głos radnego zostanie w urzędzie potraktowany poważniej.
Po czwarte,
wielu mieszkańców mogłoby zgłaszać takie sprawy samodzielnie, ale często nie wiedzą, gdzie to zrobić albo nie wierzą, że ich głos nie zostanie zlekceważony. To pokazuje, że wciąż mamy wiele do zrobienia w zakresie edukacji obywatelskiej i budowania samorządności.
Po piąte,
urząd powinien być jeszcze bliżej mieszkańców. Od dawna uważam, że warto stworzyć stanowisko etatowego pracownika odpowiedzialnego za regularny kontakt z mieszkańcami, zbieranie ich uwag, pomysłów, problemów oraz przekazywanie ich do właściwych wydziałów i burmistrza. Taka osoba byłaby naturalnym łącznikiem między mieszkańcami a urzędem, dzięki czemu wiele spraw nie musiałoby trafiać do radnych.
Po szóste,
potrzebujemy również prostego systemu elektronicznego do zgłaszania usterek i problemów. Im łatwiejszy kontakt z urzędem, tym mniej powodów, by angażować do każdej sprawy radnego.
Po siódme,
zmieniły się również relacje między radnym Pecurą a urzędem. Gdy radny należy do większości, często wystarczy rozmowa lub telefon. Gdy jest w opozycji, taka sama prośba może zostać po prostu zignorowana. Wtedy formalna interpelacja staje się nie tylko skuteczniejszym narzędziem działania, ale często jedynym sposobem, by urząd musiał publicznie odnieść się do zgłaszanego problemu. Mam wrażenie, że podobna sytuacja miała miejsce w poprzedniej kadencji, gdy liczne interpelacje pisały radne: Anna Krajewska i Jolanta Kwiatkowska.
Po ósme,
interpelacja pełni nie tylko funkcję interwencyjną, ale również kontrolną wobec organu wykonawczego. Dlatego częściej korzystają z niej radni pozostający poza większością koalicyjną. Powinni jednak sięgać po nią również radni wywodzący się z tego samego obozu politycznego co burmistrz. Samorząd nie polega przecież na bezkrytycznym popieraniu każdej decyzji – nawet w ramach jednego środowiska można i warto mieć własne zdanie. Tego zabrakło w poprzedniej kadencji. Nie wiem z jakiego powodu, ale radny Paweł Pecura nie złożył wówczas ani jednej interpelacji. Dziś sytuacja wygląda inaczej i dobrze, że to narzędzie jest wykorzystywane. Mam jednocześnie nadzieję, że obecnej większości nie zabraknie samodzielności i odwagi, by w razie potrzeby również publicznie zadawać trudne pytania oraz krytycznie oceniać działania własnego burmistrza. Taka postawa wzmacnia samorząd, a nie go osłabia.
Po dziewiąte,
warto zachować właściwe proporcje. Radny Paweł Pecura złożył dotychczas 63 interpelacje. Nawet jeśli uznać, że około 15–20 z nich dotyczy spraw naprawdę drobnych, pozostaje kilkadziesiąt dotyczących tematów poważniejszych. Zachęcam, by każdy sam zapoznał się z ich treścią i odpowiedział sobie na pytanie, czy rzeczywiście są one błahe.
Po dziesiąte,
radny Rafał Wierzejski napisał w swojej interpelacji, że „mieszkańcy oczekują od radnych przede wszystkim dyskusji o strategicznych kierunkach rozwoju miasta, inwestycjach, bezpieczeństwie czy edukacji”. Mam szczerą nadzieję, że rzeczywiście tak jest. Choć czasem obawiam się, że mieszkańcy nie oczekują już od radnych właściwie niczego. Jeśli jednak oczekują takiej debaty, to tym bardziej warto zadać pytanie: dlaczego głos większości radnych właśnie w tych sprawach tak rzadko wybrzmiewa w przestrzeni publicznej? Ale to temat na osobny artykuł. Zresztą częściowo już o tym pisałem.
Reasumując,
największym problemem nie jest liczba zapytań. Jest nim to, że mieszkańcy zbyt często czują, iż najskuteczniejszą drogą do rozwiązania nawet drobnej sprawy jest zwrócenie się do radnego, zamiast bezpośrednio do urzędu. Jeżeli chcemy ograniczyć liczbę zapytań, stwórzmy mieszkańcom prostsze i skuteczniejsze narzędzia kontaktu z samorządem, wzmacniajmy społeczeństwo obywatelskie i budujmy partnerskie relacje między urzędem a mieszkańcami. Wtedy interpelacji będzie mniej – nie dlatego, że radni przestaną pomagać mieszkańcom, ale dlatego, że mieszkańcy będą mogli skuteczniej działać sami.

