Od Redakcji
Z przyjemnością publikujemy kolejny tekst Pana Damiana Skłodowskiego, którego pierwszy TEKST cieszył się dużym powodzeniem wśród Czytelników.
Każdego zachęcamy do przesłania nam swojego tekstu na dowolny temat. Każdy nadesłany materiał opublikujemy, pod nazwiskiem lub anonimowo. Naszą ambicją jest by „nasurowo” stało się miejscem wolnej i realnej debaty mieszkańców.
Tekst publikujemy w terminie, formie i ze zdjęciem uzgodnionym z Autorem. Nie dokonaliśmy w nim ŻADNYCH zmian.
Wyobraźmy sobie wspólnotę
Mój grudniowy tekst wyraźnie zarezonował. Rekordowa liczba wyświetleń w historii portalu „Ostrów Mazowiecka na Surowo” nie była przypadkiem, lecz sygnałem, że poruszony temat dotknął czegoś ważnego. Jedni sięgnęli po tekst z ciekawości – bo ktoś w końcu napisał coś pod własnym nazwiskiem. Inni chcieli sprawdzić, co właściwie napisał „ten Skłodowski”.
Wierzę jednak, że dla wielu czytelników te słowa były po prostu ich własnymi myślami, wreszcie nazwanymi na głos. Nawet jeśli nie zostawiali komentarzy, mogli pomyśleć: „W końcu ktoś to powiedział” albo „Dobrze, że ktoś to nazwał”. Byli zapewne i tacy, którzy – choć się nie zgadzali – uznali, że warto o tym porozmawiać.
Ten tekst stał się katalizatorem. Uwolnił frustrację narastającą od lat wokół lokalnych spraw i poczucia, że wiele się nie zmienia. Ale pojawiła się też nadzieja: że być może właśnie teraz zaczyna się rozmowa o tematach dotąd niewygodnych, przemilczanych albo traktowanych jak tabu. I to jest chyba najważniejsze – nie konkretne tezy ani zgoda bądź niezgoda, lecz sama potrzeba rozmowy i docenienia każdego głosu. Rozmowy o zmianie, o wspólnocie, o tym, jak dziś żyjemy obok siebie w Ostrowi Mazowieckiej.
Dlatego chcę zachęcić nie do rozmowy o wyborach, lecz do czegoś wcześniejszego i bardziej podstawowego: do wspólnego myślenia o fundamentach każdej przyszłej zmiany. Do marzenia pod nazwą „Wyobraźmy sobie wspólnotę” – niełatwą i niejednorodną, ale prawdziwą. Taką, w której można bez lęku mówić o tym, co naprawdę ważne.
Miejsce, które chce być wspólne
Od ponad dwóch lat mieszkam w Ostrowi Mazowieckiej, ale wciąż nie potrafię powiedzieć, że to moje miasto. Słyszy się, że ludzie tu są „specyficzni”, że wszyscy wyjeżdżają. Coraz częściej zadaję sobie pytanie: czy chcę tu zostać?
Wiem jedno – żeby chcieć zostać, muszę odkryć wspólnotę. Człowiek nie chce tylko mieszkać w miejscu, chce żyć w relacjach, które niosą, a nie wypychają na margines. Tymczasem wciąż widzę, jak łatwo różnica zdań zamienia się w dystans, chłód, a czasem wrogość.
W małym mieście wszystko wraca. Spotykamy się na ulicy, w sklepie, w kościele. Tu nie da się zniknąć. Jeśli to miejsce ma stać się naprawdę „nasze”, potrzebuje nie tylko procedur i decyzji administracyjnych, ale rozmowy – takiej, która pozwala zostać, zamiast przygotowywać się do wewnętrznego „do widzenia”.
Dlaczego rozmowa?
Samorząd to nie tylko urząd, uchwały i sesje rady miasta. To relacje, emocje i ludzie, którzy spotykają się w codziennych sytuacjach – a jeszcze wczoraj stali po przeciwnych stronach barykady wyborczej. Jak wynika z moich obserwacji, dziś często jedyną rzeczą, która łączy zwaśnione strony, bywa wódka. Wolałbym jednak, aby łączyła nas konstruktywna rozmowa i wspólna praca na rzecz miasta ponad podziałami.
Po ostatnich wyborach samorządowych miałem moment, w którym było mi trudno mówić niektórym „dzień dobry”. Nie miałem do nich osobistego żalu, a jednak w głowie pojawiało się poczucie obcości, niemal wrogości. Źle mi z tym było – i to doświadczenie długo we mnie pracowało.
Widziałem i wciąż widzę podobne sytuacje wokół siebie: ludzi, którzy przestali sobie podawać rękę; takich, którzy do dziś się do siebie nie odzywają; takich, którzy swoich adwersarzy określają słowami, których nie sposób powtórzyć bez zażenowania. To nie jest abstrakcyjna „polaryzacja” z telewizyjnych debat. To jest dzisiejsza Ostrów Mazowiecka – nasze ulice i nasze relacje.
Po tygodniach refleksji doszedłem do prostej konstatacji: jeśli pozwolimy, by lokalna polityka zatruwała zwykłe ludzkie relacje, przegramy wszyscy. Bez wyjątku. Niezależnie od tego, kto wygrał wybory.
Plemienność, która wciąga
To napięcie nie wzięło się znikąd. Narastało miesiącami, by w kampanii wyborczej wybuchnąć z pełną siłą. Kampania samorządowa rzadko bywa dziś rozmową – częściej przypomina plemienną potyczkę, w której liczy się zwycięstwo, nawet za cenę relacji.
Symbolicznym znakiem tego sporu była „wojna plakatowa”. O północy zaczynał się wyścig: kto szybciej oblepi słupy, kto przykryje plakaty konkurencji, kto je zerwie. Przyznaję – sam w tym uczestniczyłem. Próbowałem to sobie tłumaczyć, nawet „cywilizować”, ale dziś wiem, że były to tylko usprawiedliwienia. Kac moralny długo trzymał i wiem jedno – nie chcę do tego wracać.
W tej logice niemal wszystkie chwyty stają się dozwolone. A to, co pęka przy naszym udziale, bardzo trudno później odbudować. Prawie dałem się wciągnąć w plemienność na dobre: „nasi” kontra „oni”, zero niuansów. Na szczęście w porę się zatrzymałem.
Mam swoje zdanie i moje przekonania są znane. Ale uczciwość wymaga, by umieć pochwalić to, co dobre, i jasno potępić to, co złe – bez walenia dla zasady i bez przymilania się dla korzyści. To kwestia odwagi i szacunku wobec siebie, innych i wspólnoty. Wszak nie o konflikt chodzi, lecz o prawdę.
Rozmowa to nie słabość, ale trzeba się jej nauczyć
Ktoś może zapytać: „Dobrze, rozmowa i szacunek, ale jak nie dać się zrobić w konia? Jak nie wyjść na frajera?”. To jedno z kluczowych pytań tej refleksji.
Szacunek nie oznacza naiwności. Rozmowa nie jest zgodą na złe decyzje, manipulacje czy kłamstwa. Można i trzeba mówić rzeczy trudne, krytykować błędy i punktować niewłaściwe postawy – ale bez odczłowieczania, bez pogardy i bez brzydkiej nawalanki. Krytykować decyzje, nie niszcząc człowieka. Chrześcijaństwo to nie pluszakowatość, lecz odpowiedzialność połączona z nadzieją na zmianę.
Jakiś czas temu kilku radnych koalicji rządzącej zorganizowało spotkanie. Frekwencja była bardzo słaba. Poza radnymi, zostaliśmy dłużej tylko ja i pan Andrzej Morawski; w „dyskusji” niezwykle aktywny był również radny Łukasz Chojnowski. Próbowaliśmy rozmawiać, ale częściej się przekrzykiwaliśmy niż słuchaliśmy. To nie była rozmowa. Biję się w piersi – dużo jest tu do poprawy, także po mojej stronie.
Do uczciwej debaty potrzebne są dwa skrzydła: umiejętność rozmowy oraz szacunek bez łatwowierności. Dopiero ich połączenie sprawia, że polemika ma sens i prowadzi do czegoś więcej niż wzajemne okopywanie się na pozycjach.
Bardzo uzdrawiająca była dla mnie możliwość podzielenia się opłatkiem podczas Wigilii Miejskiej z ludźmi, z którymi się nie zgadzam. Wszyscy wiemy, gdzie się różnimy, a mimo to potrafiliśmy życzyć sobie dobra. Z mojej strony było to szczere; głęboko wierzę, że z drugiej strony również. W innych okolicznościach pewnie bym się z tymi ludźmi nie spotkał z opłatkiem w dłoni. To piękne, symboliczne wydarzenie – różnice, czasem wielkie, ale jednak razem.
Program wspólnoty zamiast programu konfliktu
Nie łudzę się, że ta droga przyniesie polityczne profity. Może być uznana za zbyt spokojną i mało efektowną w świecie, który nagradza konfrontację. Być może niczego dzięki niej nie wygram – poza możliwością spojrzenia ludziom w oczy bez wstydu.
Ostrów Mazowiecka nie potrzebuje dziś kolejnego programu opartego na sporze i budowaniu tożsamości przeciwko komuś. Potrzebuje programu wspólnoty: opartego na rozmowie, odpowiedzialności i współpracy ponad podziałami.
To nie jest zgoda na bylejakość. Wręcz przeciwnie – to wyższe wymagania. Odpowiedzialność zamiast krzyku, krytyka zamiast pogardy, upomnienie z intencją naprawy, a nie zniszczenia. Tak funkcjonuje zdrowa rodzina i tak może funkcjonować dojrzała wspólnota lokalna.
Jeśli ugrzęźniemy w lokalnym sporze, zamkniemy drogę tym, którzy mogliby wnieść do samorządu nową energię i świeżość. Stworzenie prawdziwej wspólnoty – fundamentu samorządu – może sprawić, że młodzi bardziej zainteresują się sprawami miasta i sami zechcą wziąć odpowiedzialność. Nie po to, by powielać stare schematy i jedynie obniżyć średnią wieku rady, lecz by wnieść nową jakość. Na pewno nikt nie wejdzie do systemu, który będzie postrzegał jako element zatracenia ideałów – nikt nie wejdzie do bagna, gdyż perspektywa ubrudzenia się będzie przerażająca.
Dlatego wierzę, że odbudowa wspólnoty jest najlepszą inwestycją w przyszłość Ostrowi Mazowieckiej. Bez niej każda kolejna kampania będzie tylko powtórką tego samego konfliktu. To nie jest droga na skróty, ale propozycja zmiany reguł gry.
Moc obecności
Nie proponuję dziś gotowego programu ani listy działań. Proponuję raczej postawę — zmianę myślenia o mieście, która zaczyna się w naszych głowach i sercach. Od pytania, czy potrafimy widzieć w Ostrowi Mazowieckiej wspólnotę, a nie tylko przestrzeń sporów i podziałów.
Nie wiem, jak długo będę tu obecny. Tym bardziej chcę zaprosić do czegoś, co nie zależy od nazwisk ani funkcji – do innego sposobu bycia razem.
Być może warto zacząć od regularnego pokazywania ludzi, którzy już dziś, często po cichu, budują to miasto relacyjnie i wspólnotowo, zaś ich działalność zbyt rzadko bywa doceniana.
Wierzę, że wspólnota jest gruntem samorządu. To ludzie i ich przywiązanie do dobra miejsca, w którym żyją są kluczowe, w tej perspektywie partyjne szyldy i polityczne sympatie wobec określonych ugrupowań mają drugorzędne znacznie.
Nie chcę idealizować. Wspólnota nie oznacza, że wszyscy będziemy się lubić, ale może oznaczać, że nie będziemy się niszczyć.
Wszystko zaczyna się od rozmowy.
„Spotkajmy się w rozmowie. Jest tyle miejsca w słowie”.
Wyobraźmy sobie wspólnotę, jakkolwiek niedoskonałą.
Damian Skłodowski

