Od Redakcji
Zawsze apelowaliśmy i zachęcaliśmy by nasz serwis był miejscem, w którym KAŻDY może zaprezentować swój punkt widzenia, swoje zdanie, swoja opinię na temat Miasta i powiatu.
Z tym większą przyjemnością publikujemy tekst Pana Damiana Skłodowskiego.
Tekst publikujemy w terminie, formie i ze zdjęciem uzgodnionym z Autorem. Nie dokonaliśmy w nim ŻADNYCH zmian.
Wyobraźmy sobie wybory, w których mieszkańcy Ostrowi Mazowieckiej nie są już biernymi obserwatorami, lecz aktywnymi uczestnikami debaty publicznej. Wybory samorządowe w 2029 roku mogą stać się pierwszymi, w których na pierwszy plan wysuwa się nie „marketing polityczny”, lecz prawdziwy dialog – od licznych spotkań na osiedlach po otwarte, ogólnomiejskie debaty. To wizja samorządu, który żyje i oddycha razem ze swoją społecznością.
W ostatnich tygodniach w ostrowskim samorządzie dzieje się coś na kształt przełomu. Najpierw opublikowano pierwszą w historii opinię dotyczącą każdego z radnych (może były PUBLIKOWANE WCZEŚNIEJ, ale nie słyszałem o nich). Niedługo później pojawiła się informacja, że troje radnych nie mieszka na terenie Ostrowi Mazowieckiej, co – jeśli się potwierdzi – powinno skutkować wygaszeniem ich mandatów. Te wydarzenia zmotywowały mnie do podzielenia się refleksjami o tym, jak mogłyby wyglądać wybory w 2029 roku.
MNIEJSZA LICZBA RADNYCH
Nie wiem, czy wspomniana trójka radnych utraci mandaty, natomiast jedno jest pewne: w 2029 roku nikt nie odważy się kandydować do Rady Miasta, jeśli nie będzie realnie mieszkał w Ostrowi Mazowieckiej. To standard, który powinien być oczywisty – radny ma reprezentować mieszkańców, wśród których żyje.
Pojawia się jednak pytanie, jak w przyszłości będą wyglądały granice naszego miasta. Trwa dyskusja o połączeniu miasta i gminy. W takim scenariuszu wybieralibyśmy z dotychczasowego terenu miasta realnie mniej radnych. Przynajmniej jeden okręg obejmowałby teren gminy.
Bardziej prawdopodobny wydaje się jednak inny wariant: za kilka lat liczba mieszkańców Ostrowi Mazowieckiej może spaść poniżej 20 tysięcy, co oznaczałoby wybór zaledwie 15 radnych – i to najpewniej w jednomandatowych okręgach wyborczych.
Tak czy inaczej, radnych reprezentujących obecne terytorium miasta będzie mniej, co wymusi większą rywalizację merytoryczną, a to przyniesie korzyść samorządowi.
Wprowadzenie jednomandatowych okręgów zmieniłoby funkcjonowanie rady. Kandydat musiałby bardzo dobrze znać lokalne problemy i być obecny wśród mieszkańców na co dzień. Radny staje się wtedy nie abstrakcją z listy wyborczej, lecz realnym sąsiadem – rozpoznawalnym, odpowiedzialnym przed swoją społecznością. Taki model daje mieszkańcom poczucie, że ich głos faktycznie coś znaczy, a radni przestają „rozpływać się” w partyjnych listach.
ZMIANA POKOLENIOWA
Nie chodzi o umniejszanie doświadczeniu starszych osób – przeciwnie, ich wiedza może być cenną pomocą dla osób rozpoczynających swoją drogę w samorządzie. Problemem jest jednak wyraźne „zabetonowanie” lokalnej sceny. Pod koniec tej kadencji aż jedna trzecia radnych przekroczy 70. rok życia, a poniżej 40 lat będziemy mieć tylko jedną radną.
Średnia wieku obecnej rady – licząc z dnia wyborów 7 kwietnia i uwzględniając radnych, którzy dołączyli później – wynosi 55,66 lat. Jeśli doszłoby do wygaszenia trzech mandatów i wejścia kolejnych osób „pierwszych pod kreską”, średnia ta byłaby jeszcze wyższa. Narzekamy, że wszyscy młodzi z Ostrowi wyjeżdżają, ale jednocześnie nie dajemy im szansy, aby mogli mieć realny wpływ na decyzje dotyczące miasta – wśród kandydatów na radnych było jedynie 7 osób poniżej 29 roku życia. Paradoks polega na tym, że w tej „Nieformalnej Radzie Seniorów” zasiada prawdopodobnie najmłodsza radna w historii miasta – Klaudia Wilczyńska. Sęk w tym, że jej działalność trudno uznać za przykład młodzieńczego, twórczego zaangażowania. Co więcej, jest synową byłego radnego. Podobnie radny Sebastian Pęksa – syn radnego kilku kadencji. Zmiana pokoleniowa niby jakaś jest, ale dotyczy głównie rodzinnego przekazywania mandatu.
W Ostrowi działa oficjalna Rada Seniorów – ale czy zasiada w niej choć jeden były samorządowiec? Gdzie są dziś Mieczysław Szymalski, Jerzy Pawluczuk, Renata Trojanowska, Andrzej Pęksa, Stanisław Dylewski czy Andrzej Morawski? Pytanie pozostaje retoryczne.
Słychać czasem argument, że młodzi nie mają doświadczenia i wiedzy – ale przecież mamy trzy lata, aby ich przygotować. Problem w tym, że nie leży to w interesie „wiecznych radnych”. Ci, bojąc się konkurencji, wolą trzymać się dotychczasowych schematów. A przecież wiele osób pełni swoje funkcje od kilku kadencji – niektórzy przez lata nie zabrali głosu na sesji ani razu…
Uważam, że limit trzech kadencji dla radnych byłby całkowicie naturalny. Obecnie ograniczenie do dwóch kadencji dotyczy wójtów i burmistrzów – analogiczne rozwiązanie dla radnych wzmocniłoby demokrację lokalną.
Zmiana pokoleniowa to nie tylko wiek. To również nowe kompetencje, spojrzenie na technologię, komunikację i konsultacje społeczne. Rotacja ogranicza powstawanie lokalnych układów i premiuje pracę merytoryczną, a nie samo trwanie na stanowisku.
RÓWNOŚĆ SZANS
Kolejnym problemem jest absurdalna walka o „miejsce biorące” na liście. Obecny skład rady dobitnie pokazuje, że miejsca 1–3 są niemal gwarancją mandatu, a wyjątki – jak radni Swaczyna, Pęksa czy Krajewska – jedynie potwierdzają tę regułę. W efekcie część kandydatów zamiast pracować nad programem i rozmową z mieszkańcami, koncentruje zbyt wiele energii na zdobyciu jak najlepszej pozycji na liście.
Drugim problemem jest brak równego traktowania wszystkich kandydatów. Widać to zarówno w liczbie głosów, jak i w sposobie prowadzenia kampanii: plakaty i banery najczęściej promowały pojedyncze osoby, a nie całe listy. Jedynie komitet Prawa i Sprawiedliwości szerzej prezentował wszystkich swoich kandydatów (choć zdecydowanie za mało), a grafiki pozostałych komitetów uwzględniające wszystkich startujących pojawiały się rzadko i okazjonalnie.
Mogę to potwierdzić z własnego doświadczenia. Jako kandydat odwiedziłem wszystkie spotkania komitetów startujących do Rady Miasta (KWW Sławomira Przeździeckiego nawet nie zorganizował SPOTKANIA…) I tam również dało się zauważyć ogromną dysproporcję – praktycznie cała uwaga poświęcona była kandydatom na burmistrza. To oni przemawiali, oni dostawali czas, oni prowadzili całe wydarzenie. Kandydatom na radnych poświęcano dosłownie chwilę: odczytanie nazwiska, krótki gest, ewentualnie parę zdań o sobie. Nie dało się w ten sposób poznać ludzi, którzy przecież mają później podejmować decyzje dotyczące życia miasta.
Tę sytuację mógłby diametralnie zmienić lokalny komitet bez własnego kandydata na burmistrza, skoncentrowany w stu procentach na radnych. Taki komitet działałby inaczej niż ogólnokrajowe struktury: zamiast budować kampanię wokół jednej osoby, mógłby całą uwagę poświęcić wszystkim kandydatom – ich kompetencjom, pomysłom, energii i pracy w terenie. Wówczas każdy startujący do Rady miałby szansę naprawdę zaistnieć, a mieszkańcy mogliby wreszcie świadomie wybierać radnych na podstawie ich cech i programu, a nie numeru na liście.
Uważam, że media lokalne również mogłyby mocniej przyczynić się do równego traktowania kandydatów. Formularz z jednakowymi pytaniami wysłany do wszystkich, prezentacje na równych zasadach, opis działalności, doświadczenia i motywacji – to proste rozwiązania, które pozwoliłyby mieszkańcom zobaczyć prawdziwą różnorodność osób kandydujących do Rady.
Lokalne wybory nie mogą przypominać krajowych bitew partyjnych. Powinny opierać się na przejrzystości, równości szans i rzetelnej informacji, tak aby każdy kandydat – niezależnie od miejsca na liście – mógł być traktowany poważnie i sprawiedliwie.
KONTROLA RADNYCH
Co możemy zrobić już teraz? Po prostu zacząć wymagać więcej.
Nagrania z komisji, roczne raporty radnych, publiczne zestawienia ich aktywności – to fundament przejrzystego samorządu. Jawność buduje zaufanie, wzmacnia odpowiedzialność i otwiera drzwi do współdecydowania.
Jeśli miesięczny koszt nagrywania komisji to około 400 zł – jak podawał portal „Ostrów Mazowiecka na Surowo” – deklaruję publicznie, że jestem gotów takie nagrania finansować, byleby były dostępne dla mieszkańców.
Nie może być tak, że radny kilku kadencji przez lata nie zabiera głosu na sesji. Jeśli ktoś pracuje – pokażmy to. Jeśli nie – mieszkańcy powinni o tym wiedzieć.
PRZYGOTOWANIA
Jeszcze raz – wyobraźmy sobie Ostrów Mazowiecką, w której debata publiczna jest realna, a nie pozorna. Cykl otwartych rozmów o najważniejszych sprawach miasta. Regularne dyżury radnych, na których każdy mieszkaniec może zadać pytanie. Obowiązkowa debata kandydatów na burmistrza przed pierwszą turą. Proste wykłady z prawa, ekonomii i samorządności – aby budować świadomą społeczność. Poważnie traktowane konsultacje społeczne.
To wszystko może dziać się w Centrum Dialogu Społecznego przy ul. Partyzantów – placówce, którą już teoretycznie mamy.
Na początku frekwencja może być niska, zainteresowanie umiarkowane. Ale wszystko, co wartościowe, zaczyna się małymi krokami. Najważniejsze to zacząć – najlepiej już teraz.
Tylko czy komuś, oprócz mojej osoby, naprawdę na tym zależy?
Damian Skłodowski
Powyższy tekst, zawierający moje osobiste przemyślenia, został opublikowany na portalu „Ostrów Mazowiecka na Surowo” za zgodą i dzięki uprzejmości jego administratorów, którzy pozostają dla mnie anonimowi. Sama publikacja nie oznacza, że podzielam wszystkie treści zamieszczane na portalu ani że łączą mnie jakiekolwiek relacje czy współpraca z autorami innych materiałów tam prezentowanych.
Zdjęcie tytułowe – źródło: Fot. Miasto Ostrów Mazowiecka

