Przejdź do treści

Jest samorząd i „samorząd” – cudzysłów ma znaczenie

Pewnie widzieliście w filmach, albo serialach, czy programach informacyjnych jak wyglądają posiedzenia rad miasta czy hrabstw w USA – kraju, który od lat uchodzi za jedną z najstarszych demokracji na świecie. Sala otwarta, mieszkańcy przychodzą, słuchają, zadają pytania, czasem ostro krytykują. I nikt nie jest zdziwiony. Dlaczego? Bo tam władza lokalna naprawdę pamięta, że mieszkańcy są wyborcami, a więc pracodawcami radnych i burmistrzów.

Co ważne – takie spotkania nie odbywają się w środku dnia pracy. Sesje są planowane wieczorami, weekendami albo w godzinach, które dają realną szansę udziału zwykłym ludziom. Bo demokracja to nie tylko prawo do głosowania raz na kilka lat, ale możliwość kontrolowania władzy na co dzień.

A teraz spójrzmy na Ostrów (miasto i powiat). Czy ktoś pamięta, żeby przez ponad 30 lat istnienia samorządu odbyła się u nas sesja rady miasta w godzinach wieczornych? My nie. Zamiast tego – jutro sesja Rady Miasta o 14:00.

Pracujesz 8–16? 7–15? Zaczynasz o 6:00? A może masz drugą zmianę od 14:00? Czy to jest godzina, w której możesz spokojnie przyjść do ratusza (starostwa), posłuchać obrad, zadać pytanie, porozmawiać z radnym? Oczywiście, że nie.

I właśnie o to chodzi.
Im mniej mieszkańców na sali, tym wygodniej rządzić. Im mniejsza frekwencja, tym mniejsza kontrola społeczna. Formalnie „wszystko jest zgodnie z prawem”, ale z obywatelską aktywnością i szacunkiem do mieszkańców ma to niewiele wspólnego.

Demokracja lokalna czyli samorząd coraz częściej wygląda jak teatr dla wtajemniczonych – w godzinach pracy, bez realnego udziału obywateli, automatyka, wszystko ustalone. A potem słyszymy, że „ludzie się nie interesują”. Tylko jak mają się interesować, skoro system skutecznie ich zniechęca?

Może czas w końcu zapytać głośno: dla kogo jest samorząd – dla mieszkańców czy dla samych radnych?

Sesje mamy transmitowane, zapowiadane, ale komisje to już zupełna tajemnica. Potem tylko publikacja kilkuzdaniowego protokołu z opóźnieniem na BiP-ie.

Tak od dziesiątek lat. A kiedy ktoś się zaczyna interesować, pytać, przedstawiać kulisy tak jak to robi Ostrów Mazowiecka Na Surowo – to robi się aferę o stronniczości w tą czy drugą stronę, torpedowaniu pracy urzędów, czy straszy „krokami prawnymi” i banem. A nie tylko „nam zależy”…

p.s. Pamiętacie jak na jednej z sesji potraktowano mieszkańca Ostrowi zgłaszającego skargę, że woda mu zalewa posesję? Pamiętacie jak przyjęto wystąpienie mieszkańca, który miał coś do powiedzenia odnośnie propozycji osoby na honorowego obywatela miasta?