Są momenty, kiedy władza sama wystawia sobie świadectwo. Nie poprzez wzniosłe przemówienia, patriotyczne akademie czy konferencje prasowe pełne górnolotnych haseł. Prawdziwe oblicze państwa i władzy poznajemy po tym, komu pomagają w pierwszej kolejności. Komu okazują wdzięczność. Komu zapewniają bezpieczeństwo.
I właśnie dziś obserwujemy jeden z takich momentów.
W Polsce od lat żyją tysiące rodziców niepełnosprawnych dzieci, którzy każdego dnia wykonują pracę cięższą niż większość zawodów istniejących na rynku. Nie mają wolnych weekendów. Nie mają urlopów. Nie mają możliwości powiedzenia: „jestem zmęczony, dziś nie dam rady”. Są na służbie przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. Przez lata. Często przez całe życie. Budzą się w nocy. Karmią. Przewijają. Podnoszą. Rehabilitują. Wożą po lekarzach. Walczą z urzędami. Walczą z systemem. Walczą o każdą złotówkę wsparcia. Walczą o godność swoich dzieci.
A gdy sami się starzeją?
Wtedy słyszą, że pieniędzy nie ma.
Że trzeba przeanalizować sytuację.
Że budżet jest napięty.
Że temat wymaga dalszych prac.
Że może kiedyś.
Może.
Kiedyś…
Tymczasem dla innych grup pieniądze znajdują się zadziwiająco szybko.
I właśnie dlatego tak wielu ludzi reaguje dziś oburzeniem na kolejne dyskusje o szczególnych świadczeniach dla artystów i twórców. Nie dlatego, że kultura jest nieważna. Nie dlatego, że artyści nie mają problemów. Ale dlatego, że społeczeństwo widzi gigantyczną dysproporcję między tym, kto naprawdę dźwiga ciężar, a kto otrzymuje publiczne uznanie.
W debacie publicznej pojawiają się nazwiska rozmaitych twórców i celebrytów, między innymi Jasia Kapeli. Nie chodzi nawet o konkretnego człowieka. Chodzi o symbol. O obraz państwa, które potrafi dostrzec osoby obecne w mediach, ale nie dostrzega matek śpiących po trzy godziny na dobę przy łóżkach ciężko chorych dzieci.
To jest właśnie sedno problemu.
Władza uwielbia mówić o empatii. Uwielbia fotografować się z rodzinami osób niepełnosprawnych. Uwielbia zapewniać, że nikt nie zostanie pozostawiony sam sobie.
A potem przychodzi czas decyzji.
I nagle okazuje się, że ci, którzy naprawdę poświęcili swoje życie dla innych, muszą znowu ustąpić miejsca bardziej wpływowym grupom.
Jakim cudem doszliśmy do momentu, w którym państwo jest gotowe debatować o zabezpieczeniu finansowym ludzi znanych z działalności artystycznej, a jednocześnie tysiące opiekunów osób niepełnosprawnych żyje w strachu przed własną starością, bo głodowa, śmiesznie niska emerytura za opiekę nie starczy na życie?
Jakim cudem matka, która przez trzydzieści lat nie mogła pójść do normalnej pracy, bo opiekowała się ciężko chorym dzieckiem, ma usłyszeć, że nie wypracowała odpowiedniego stażu, by zapewnić sobie godną, wysoką emeryturę?
Jakim cudem człowiek, który zaoszczędził państwu setki tysięcy złotych wydatków na opiekę instytucjonalną, ma zostać pozostawiony z głodową stawką na dożycie?
To nie jest zwykła niesprawiedliwość.
To jest moralny skandal.
Przez lata słyszeliśmy, że rodzina jest fundamentem społeczeństwa. Że trzeba wspierać najsłabszych. Że solidarność jest podstawową wartością. Dziś te slogany brzmią coraz bardziej jak polityczna dekoracja. Bo kiedy przychodzi moment próby, okazuje się, że państwo znacznie lepiej radzi sobie z organizowaniem wsparcia dla grup potrafiących skutecznie zabiegać o swoje interesy niż dla ludzi, którzy są zbyt zajęci codzienną walką o przetrwanie. Najbardziej dramatyczne jest to, że wielu opiekunów nie ma nawet czasu protestować.
Nie ma czasu jechać do Warszawy.
Nie ma czasu występować w telewizji.
Nie ma czasu budować kampanii społecznych.
Ich dziecko potrzebuje ich tu i teraz.
I właśnie dlatego są politycznie niewidzialni.
A niewidzialnych najłatwiej pominąć.
Władza odwraca wzrok od ludzi wykonujących jedną z najcięższych prac społecznych i jednocześnie oczekuje wdzięczności za ochłap, który im rzuca. Oczekuje cierpliwości. Oczekuje zrozumienia.
Za co?
Za lata ignorowania problemu?
Za kolejne komisje i zespoły robocze?
Za kolejne obietnice bez pokrycia?
Jeżeli naprawdę chcemy rozmawiać o zasługach dla społeczeństwa, to zacznijmy od właściwej kolejności.
Najpierw matka, która od trzydziestu lat opiekuje się niepełnosprawnym synem.
Najpierw ojciec, który zrezygnował z kariery zawodowej, by ratować własne dziecko.
Najpierw opiekunowie osób niesamodzielnych.
Najpierw ci, którzy poświęcili własne życie dla drugiego człowieka.
Dopiero później wszyscy pozostali.
To nie jest radykalny postulat.
To elementarne poczucie sprawiedliwości.
Jeżeli władza nie potrafi tego zrozumieć, to problemem nie są już emerytury. Problemem jest całkowite zagubienie hierarchii wartości w państwie, którym kieruje.
Rządzących bowiem nie powinno się oceniać po tym, jak traktują ludzi silnych, znanych i wpływowych. Rządzących ocenia się po tym, jak traktują tych, którzy każdego dnia w ciszy niosą największy ciężar. A w tej kategorii polskie państwo i władza nim kierująca mają dziś bardzo wiele do wyjaśnienia.
Przekładając cały ten problem na nasze ostrowskie podwórko mam osobistą prośbę do P. Burmistrza i całej Rady Miasta, szczególnie zaś do P. radnego Krzysztofa Swaczyny, jako do człowieka słynącego z działania na rzecz kultury. Teraz, właśnie teraz, gdy echa tego skandalu nie milkną, trzeba podziałać na rzecz Jej dobrego imienia. Chciałbym, by w tej całej sytuacji powstało jasne stanowisko, opublikowane i wysłane gdziekolwiek można je opublikować i wysłać. Że mówiąc w imieniu każdego przyzwoitego mieszkańca Ziemi Ostrowskiej, każdego człowieka, który wierzy, że kultura to przede wszystkim kultura serca – nie zgadzacie się na takie postępowanie. Że my, z małego miasteczka na Mazowszu, mimo, że niewiele jesteśmy w stanie zmienić i to od nas w ogóle nie zależy, to jednak poprzez Was, naszych wybrańców podnosimy głos sprzeciwu! Ostrowiacy też Polacy! Możemy, ba, nawet powinniśmy krzyczeć z dołu w nadziei, że na górze ktoś to oddolne wołanie usłyszy. Mamy tylu posłów z naszego okręgu. Bywają u nas. Widzieliśmy ich w kampanii wyborczej aż nadto często. Słyszeliśmy wiele. Teraz jest czas próby. Teraz, jako malutka, ale odważna część składowa czterdziestomilionowego narodu chcemy zaprotestować przeciwko takiemu funkcjonowaniu władzy i państwa. Was może usłyszą. Nas, szaraczków, z pewnością nie.
Mądrzy ludzie mówią, że głową muru nie przebijesz. Mądrzejsi dodają, że są mury, które jeśli da się przebić to tylko głową. I sercem.
Jeden z moich idoli, który podejmował podobne wysiłki w czasach słusznie minionych, Stefan Kisielewski, napisał piękne zdanie, które idealnie tu pasuje: „To, że jesteśmy w dupie to jasne. Problem w tym, że zaczynamy się w niej urządzać.” Ja tak nie chcę. Uważam, że stać nas na znacznie więcej.
Od nas
Dziękujemy Panu Tomkowi za kolejny, jakże ważny, tekst.
Jednocześnie miło mi poinformować, że Autor będzie u nas publikował regularnie. Cyklowi swoich felietonów nadał tytuł: „Jam nie z soli, ani z roli…”.
Witamy!

